W teorii wydaje się to oszczędne, ale w praktyce niemal zawsze kończy się gorszym komfortem i trudniejszą regulacją. Dwa osobne pokoje rzadko zachowują się tak samo. Mogą mieć inną orientację względem stron świata, inną wielkość okna, inne straty ciepła, inny sposób użytkowania i inną powierzchnię aktywnej podłogi. Jeden termostat ma tylko jeden punkt pomiarowy i jedną logikę pracy. To oznacza, że będzie sterował obiema strefami tak, jakby były jednym pomieszczeniem. W efekcie w jednym pokoju zrobi się za ciepło, a w drugim za chłodno. Użytkownik będzie miał wrażenie, że całe ogrzewanie „pracuje dziwnie”, choć przyczyną jest nie mata, kabel czy folia, tylko błędny podział stref.
Wyjątek można rozważyć wyłącznie wtedy, gdy mówimy o faktycznie jednej strefie funkcjonalnej bez drzwi i bez znaczących różnic cieplnych, na przykład otwartej części dziennej. Dwa oddzielne pokoje, nawet podobne, nie spełniają zwykle tego warunku. Przy matach i kablach pod płytkami różnice będą się dodatkowo nakładały z powodu bezwładności posadzki. Przy folii pod panelami reakcja bywa szybsza, ale to nie rozwiązuje problemu złej reprezentacji temperatury. Jeden czujnik nadal nie powie prawdy o obu pomieszczeniach naraz.
Od strony technicznej i serwisowej lepiej jest traktować każdy pokój jako osobną strefę. Każda strefa ma wtedy własny harmonogram, własną temperaturę i własną diagnostykę. To ważne także dlatego, że nie wszystkie pokoje są używane tak samo. Oszczędność na zakupie jednego termostatu jest zwykle mała w porównaniu z późniejszym dyskomfortem i trudnością ustawień. Jeżeli ktoś upiera się przy jednym sterowniku, powinien przynajmniej uczciwie przyjąć, że priorytetem będzie warunek w jednym, reprezentatywnym pomieszczeniu, a nie w obu idealnie. W normalnej praktyce projektowej lepiej rozdzielić strefy niż później miesiącami korygować nastawy, które nigdy nie będą satysfakcjonujące dla dwóch różnych pokoi.